Agnieszka & Łukasz

img

Ślub odbył się 9 września  dla niezdecydowanych - poradzić mogę, żeby zacząć ten dzień jak najwcześniej, bo naprawdę szybko mija. Wybierzcie też takich świadków, którzy będą całym sercem z Wami i będą angażować się w pomoc. Ważne jest posiadanie osoby, która w razie rozmazanego makijażu, lub roztrzepanej fryzury - poprawi wam to. Mi się poluzował gorset, przez co suknia źle się układała, co widać na zdjęciach po północy... Jestem rozczarowana, ze nikt mi o tym nie powiedział - sama nie zauważyłam. Jako mama karmiąca piersią polecam ślub, kiedy dziecko już jest trochę większe. My karmienia nocne odstawiliśmy na roczek, ślub był jak mała miała półtora roku  i super przespała całe wesele, na weselu karmiłam ją tylko raz. Nie stresujcie się, cieszcie się tym dniem.


 





My nasz dzień (jak co dzień) rozpoczęliśmy o szóstej, gdy obudziła się nasza córeczka. Mieszkamy razem, więc przed tym dniem ustalaliśmy, kto się ubiera w jakim pokoju, o której godzinie itp. Wspólne śniadanie, potem kąpiel Pana Młodego (w tym czasie ja zajmowałam się córką), gdy skończył – zamieniliśmy się rolami. Około ósmej przyszła Mama Pana Młodego z ciocią, by zabrać naszą córkę do siebie. Na 9 miałam umówioną fryzjerkę do domu. Do tego czasu z mężem zajęliśmy się drobnymi porządkami (wszechobecne odbicia palców córki i tzw. kłaczki na armaturze).



Gdy przyszła fryzjerka, jeszcze nie-mąż poszedł do barbera przystrzyc brodę i wystylizować fryzurę, a także wstąpić do kwiaciarni po mój bukiet. Od tego czasu mieliśmy się już nie widzieć, aż do błogosławieństwa. Fryzura ślubna była skończona w okolicach 11. Młody zaczął stroić wraz ze świadkiem nasze auto (zwykły zwyczajny grafitowy Renault Scenic, rocznik 2002 ;p), a do mnie przyszła makijażystka. W południe pojawiła się pani fotograf i moja świadkowa. Każdy był mocno zdziwiony brakiem stresu u mnie. Podczas przygotowań śmiałam się i wygłupiałam. Niedługo po skończonym makijażu do domu przyszedł narzeczony; świadkowa i świadek wzajemnie informowali siebie i nas, kiedy kto może wejść do łazienki/kuchni/pokoju, tak abyśmy się nie widzieli. Było to bardzo zabawne i dodające trochę pozytywnej adrenaliny (jak przed pierwszą randką). Świadkowa pomogła ubrać mi suknię, założyłam buty (taneczne, bardzo wygodne i lekkie), podwiązkę i kolczyki. W tym czasie pani fotograf robiła nam zdjęcia. Potem zamieniliśmy się, Pan Młody przyszedł do tego samego pokoju.







W tym czasie zaczęli przybywać goście na błogosławieństwo. Tu ograniczyliśmy się do zaproszenia rodziców, dziadków i chrzestnych (a i tak ledwo, co się mieściliśmy w mieszkaniu). Jako że moi rodzice są po rozstaniu, zdecydowaliśmy się na podziękowania składane w domu po błogosławieństwie – bez zbędnych piosenek i patosu, po prostu zwyczajne, swojskie prezenty w domowej, rodzinnej atmosferze. Mamy dostały to, co lubią najbardziej – kwiaty, wino, kawy, herbatę, czekoladki, kosmetyki i biżuterię, a ojcowie – cygaro, whiskey, perfumy i zestaw kibica, czyli czipsy, orzeszki (tak, tak – dla niektórych o zgrozo! Ale my naszych tatusiów znamy najlepiej) i czeskie zimne piwko. Rodzice dostali też ramki z własnoręcznie przygotowanymi przez nas podziękowaniami. Wszystko zapakowane w białe skrzynki ogrodowe. Naszym babciom i dziadkom wręczyliśmy zdjęcia naszej rodziny i kwiaty. Ślub zaczynał się o piętnastej, godzinę wcześniej wyjechaliśmy z domu, a za nami korowód aut. Przed mszą podpisaliśmy niezbędne dokumenty, świadkowie dekorowali nam kościół – podobnie po mszy uprzątnęli nam dekoracje, podczas gdy my poszliśmy pomodlić się pod obraz Matki Boskiej. Musieliśmy się uwijać, bo po nas był kolejny ślub – a nie dogadaliśmy się z tamtą parą w kwestii dekoracji. Podzieliły nas: inna kolorystyka i inny wymiar wydarzenia – oni raczej chcieli „na bogato”, my skromnie, podążając tropem, że ceremonia w kościele jest dla „ducha”, a dla ciała i hedonistycznych zachcianek – wesele.




Niemniej jednak wszystko się pięknie udało, nie towarzyszył mi stres, a wielkie wzruszenie. Już na samym początku, podczas wchodzenia do kościoła nasza córka zaczęła wołać „ Mama, Tata” i wesoło klaskać, potem podczas wkładania obrączek nie mogłam przepchnąć jej przez kostkę męża, co mnie bardzo rozczuliło – znam te dłonie przecież bardzo długo, a teraz jest na nich znak, że Ten Jedyny jest tylko mój. Mimo wszystko nie chciało mi się jednak płakać, a ciągle śmiać. Po mężu widziałam trochę stresu, ale również i wielką radość i niedowierzanie, że to już.



Po ceremonii od razu pojechaliśmy z gośćmi na salę, było w okolicach 16:30. Tam odbyło się powitanie, toast szampanem, a dopiero po tym życzenia. Ciągle myślałam, że nie będę w stanie zjeść obiadu przed pierwszym tańcem, ale stresu przed nim również nie było. Choreografii uczyliśmy się sami, z youtube na naszych 47 metrach. Była to kompilacja dwóch tańców – walczyk na dwa do „Nothing else matters” Metalliki i foxtrot do „Love and marriage” Franka Sinatry. Zmiana tempa i charakteru tańca spotkała się z dużą aprobatą i wywołała spore zaskoczenie wśród gości. Sam taniec nie wyszedł nam może bezbłędnie (właściwie lekki problem z synchronizacją kroków), ale bawiliśmy się przy nim wspaniale.





Po naszym tańcu (okolice godziny 18) zaczęła się zabawa i już na wstępie się trochę przeraziłam, bo poleciało disco-polo, którego nie chcieliśmy za bardzo. W tym czasie jednak chodziliśmy po stołach, by z każdym zamienić kilka słów i zdenerwowanie minęło. Jako, że był już wrzesień, robiło się ciemno przed 20, zaczęliśmy robić sesję z gośćmi. Po sesji wjechał nasz przepyszny tort w stylu naked cake. Każde piętro miało inny smak – 1. Malina-truskawka, 2.czekolada-mascarpone-ciasteczka typu oreo 3.klasyczny śmietankowy. Tort był na 60 osób, mieliśmy wesele na 55 osób i każdy dostał całkiem spory kawałek, także opłacało się.



Po 20 nasza córeczka poszła spać. Nie mieliśmy do niej niani, doglądała jej moja mama (z własnej woli). Do 22 szaleliśmy na parkiecie, żeby potem zebrać gości na atrakcję, jaką było zapalenie zimnych ogni. Tutaj warto zadbać o kilka bardzo ważnych szczegółów: a) ognie powinny mieć 70cm, aby fotograf zdążył zrobić odpowiednio dużo ujęć. b) musicie zaopatrzyć gości w odpowiednią ilość zapalniczek, by każdy odpalił ognie w tym samym momencie c) fotograf MUSI mieć sprzęt z dobrą czułością, by mógł złapać odpowiednio dużo światła. My mieliśmy tylko 55 gości, więc ognie nie dawały na tyle światła, by wyszły dobre zdjęcia, a pani fotograf nie miała sprzętu typowo do zdjęć w mroku. Na szczęście udało się uchwycić ten magiczny moment. Widać było, że gościom naprawdę podobało się wyjście na zewnątrz, odpalanie iskierek i pozowanie do zdjęć. Śpiewali nam sto lat i dużo się śmiali, to było bardzo magiczne przeżycie.



Do oczepin kolejny blok muzyczny – to były najlepsze dwie godziny zabawy, bo nie byłam jeszcze zmęczona, nie miałam gdzieś tam z tyłu głowy doglądania czy wszystko ok z córeczką. Poleciała muzyka, przy której najbardziej się lubimy bawić, czyli hity lat 80 i 90. Na oczepinach rzucałam welonem, którego nie miałam na ślubie. Zespół spisał się na medal, bo poprowadził oczepiny i gry w zabawny sposób, z którym się wcześniej nie spotkałam na innych weselach. Jedną z zabaw oczepinowych była znana z programu „Kocham Cię, Polsko!” gra „Urodziny”, do której pytania opracowaliśmy sami. Potem to już tańce, naprzemiennie z pysznym jedzeniem. O 4 musieliśmy wracać, przespać się choć troszkę, bo o 6 wstaje córeczka. Mimo niewyspania na następny dzień, uczciliśmy go obiadem w domu z najbliższą rodziną. Potem zgodnie z mężem stwierdziliśmy, że ten dzień był zdecydowanie za krótki, a ja (chyba jak zwykle) plułam sobie w brodę, że więcej tańczyłam, niż jadłam – a sala miała naprawdę fenomenalne menu!




 


Ze spraw technicznych i dodatkowych:


Zdecydowaliśmy się na kolor bordowo-burgundowy i motyw przewodni wrzosów z łososiowymi różami. Kolor ten towarzyszył już nam od lat, ja miałam bordowe włosy długi czas, mąż jest fanem F.C. Barcelona (klub ma ten kolor we fladze), nawet ścianę w salonie mamy bordo/burgund. Na wrzosy zdecydowałam się pod wpływem chwili – chciałam piwonie, ale we wrześniu były ciężko dostępne. Ślub był we wrześniu, jak i zaręczyny dwa lata wcześniej, wrzosy stały się więc chcąc nie chcąc symbolem naszego związku. Zależało mi też na łososiowych różach, bo to moje ulubione kwiaty. Bukiet wzorowaliśmy na zaproszeniach (albo odwrotnie). Wszystkie dodatki utrzymaliśmy w kolorystyce. Dekoracjami na sali były wrzośce w przezroczystych wazonach i dużo świec i lampionów. Całe wesele mieliśmy przygaszone światło, co dodało magicznego, romantycznego klimatu. Cały klimat wesela, jak i nasze stroje i dodatki opisałabym właśnie jako styl romantyczny i jesienny, chociaż co ciekawe – nasz dzień okazał się jedynym upalnym dniem w tygodniu :D







Moją suknię zakupiłam przez portal OLX, welon otrzymałam w gratisie. Miałam też tren do kościoła, ale niestety nie został uwieczniony na zdjęciach w swym najpiękniejszym – rozłożystym wydaniu, nad czym ubolewam. Model sukni Angela z salonu Antra.


Kolczyki (dwie pary – do sesji i do ślubu), ozdoba do włosów, wianek do sesji, pończochy samonośne –kupiłam na aliexpress.


Buty – sensatiano.eu , model Liliana, obcas kaczuszka 4.5 cm (mój mąż jest niewysoki jak na faceta, a ja wysoka jak na kobietę). Bardzo lekkie, zgrabne, szyte na wymiar. Dokupowałam do nich zapiętki skórzane z CCC, w razie gdyby miały mnie obetrzeć – nie obtarły tak czy siak. Przetańczyłam w nich całą noc (i wcześniej całe panieńskie).


Bielizna – miałam kupować jakąś ekskluzywną ślubną, a koniec końców kupiłam niezły komplecik w tanim, lokalnym sklepie z bielizną.


Paznokcie –  hybryda, gabinet kosmetyczny Joanna M, Wrocław.


Fryzura – New Look Hair fryzjer u Ciebie w domu, p. Agnieszka Czaja


Makijaż – Monika Pindur, instagram:  monikapindur_mua


Makijaż na sesję – ja sama, polecam się, hehe, instagram: floorentines


Kolor włosów – Palette, intensywna czerwień R15.


Moje perfumy: Oriflame Cherry Blossom (jakoś ten zapach mi się kojarzył z wszechobecnym bordowym kolorem)


Bukiet ślubny: wiązanka z wrzośca, szarłatu i róż (a także przypinka Pana Młodego  z różyczki), przystrojenie tortu  – kwiaciarnia Floris, Wrocław, p. Katarzyna Kloc.


Garnitur Pana Młodego – aliexpress (naprawdę tani, świetnej jakości) + przeróbki krawieckie.


Koszula i muszka – Dastan


Spinki do mankietów, zegarek – allegro.


Buty – oboje nie pamiętamy, w jakim sklepie (W Kędzierzynie Koźlu na pewno), ale były założone tylko raz na ślub szwagierki. Pasowały idealnie do garnituru, bo mają bordową nitkę, a do tego były już sprawdzone (wygodne).


Fryzura Pana Młodego – Barber Shop Daniels, Wrocław.


Perfumy jego: Dunhill


Obrączki – Klasyczne obrączki 4 i 3 mm, z soczewką, wykonane z własnego złota u lokalnego jubilera, bardzo tanio i solidnie. Grawer w cenie (mamy klasycznie imiona i datę) . Jubiler Artur, Oleśnica.


Tort – Wypiekarnia Smaku, Wrocław. Pyszka!


Topper na tort – aliexpress, przyszedł czarny, spryskany złotym lakierem w sprayu.


Prośby o błogosławieństwo – Era Drewna


Podziękowania dla rodziców robione własnoręcznie, jedynie skrzynki ogrodowe z allegro, ramki – ikea, wkład – zwykły sklep :P


Zaproszenia, winietki,  księga gości – Miłe Akcenty, Kraków.


Kokardki i naklejki na wódkę - allegro


Podziękowania dla gości – były to kubeczki na popcorn, robione własnoręcznie. W środku kukurydziane chrupki imitujące popcorn i żelki nawiązywały do naszego poznania się w kinie, gdzie pracowaliśmy razem kilka lat. 70% naszych gości to byli pracownicy kina, dlatego pomysł spotkał się z aprobatą.


Wieszaki na suknię i garnitur – robione własnoręcznie, wieszaki białe z Pepco, sklejka mąż/żona z allegro.


Literki na stół, inicjały – allegro


Wystrój kościoła – własny, sztuczne kwiaty, tiul, płatki róż itp. Kupione w centrum ślubnym Costa we Wrocławiu. Kwiaty żywe organizował Ksiądz parafii we własnym zakresie.


Fotograf: Jagoda Sanecka, blog: japoziomka.blogspot.com, a także Dominika Woźniak, instagram: storiesstudio.dw


Zespół w składzie wokal damski, wokal męski i DJ/wodzirej  – Agencja Muzyczna FreshMusic, Jelenia Góra. Polecam – Dagmara śpiewa jak anioł :)


Sala – Restauracja za Szafą w Dobrzykowicach pod Wrocławiem (to tam, gdzie kręcono niektóre sceny Samych Swoich :P też taka atrakcja dla gości :D). Polecamy serdecznie, idealna dla małych wesel, przyjęć, chrzcin. Świetne jedzenie, bardzo romantyczny i kameralny nastrój. Dekoracja sali, napoje w cenie. Świetny menadżer Sali, sympatyczni kelnerzy.


Na koniec mogę napisać, że oczywiście nie wszystko było super-idealnie i po naszej myśli Moja mama spóźniła się na błogosławieństwo, przez co potem śpieszyliśmy się do kościoła. Córka w trakcie mszy rzuciła pod nasze krzesła zabawkę (na szczęście, nie widać na zdjęciach, ale ona tam leżała całą ceremonię, hehe :D). Mężowi przy wysiadaniu z auta odpadła główka róży z przypinki. Nie mamy zdjęcia maski przystrojonego auta! Brak synchronizacji w pierwszym tańcu :P pierwszy blok taneczny z piosenkami disco-polo przyprawił mnie o palpitacje serca :D  Mama męża przebrała naszą córkę w za dużą sukienkę (której w ogóle miała nie brać, bo przygotowałam inną na wesele), przez co córeczka wygląda na zdjęciach, nie do końca, jakbym chciała :P Mi się rozluzował gorset, i ciągle musiałam poprawiać grzywkę, bo wychodził jeden kosmyk. Poza tym, jak już wspominałam – za mało zjadłam pyszności, a noc taka krótka!


Chcę również podziękować Rodzicom i wszystkim innym za pomoc, a także Pani Basi za upieczenie ciast na nasze wesele!









Fotografie: Jagoda Sanecka